ZAPOWIEDŹ: „Święci pierwszego kontaktu”


Na stronie księgarni internetowej Wydawnictwa Znak widnieje już zapowiedź najnowszej książki Szymona Hołowni zatytułowanej „Święci pierwszego kontaktu”. Jest to druga książka Szymona z cyklu o świętych. Premiera książki przewidziana jest na początek listopada, zapewne będzie dostępna już końcem października na 21. Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie. Można ją również zamówić w przedsprzedaży m.in. tutaj.

Notka:

ŚWIĘCI ZAWSZE DOSTĘPNI
Myślisz, że niebo jest daleko? Błąd. Jego mieszkańcy są blisko ciebie. Nigdy nie tracą zasięgu.
Autor bestsellerowych Świętych codziennego użytku po raz kolejny udowadnia, że przyjaźń ze świętymi jest najlepszą towarzyską inwestycją. Są do twojej dyspozycji, stale gotowi do pomocy – całodobowo i bez zbędnych formalności.
Kłopoty w miłości? Ksenia z Petersburga chętnie nauczy kochać „aż za grób”, a Kinga pokaże, jak dogadywać się z życiowym partnerem nawet w najtrudniejszych sprawach. Wpadasz w kłopoty przez brak cierpliwości i niewyparzony język? Zasięgnij porady Agatona Egipskiego, który przez trzy lata trzymał kamyk w ustach, by się wyćwiczyć w milczeniu. A może twój portfel świeci pustkami? Zwróć się do Alojzego Kosiby, znanego z serdeczności franciszkańskiego mistrza fundraisingu.
Dzięki tej książce poznasz kilkadziesiąt nowych profili niebian. Niektórzy od dawna mają stałe łącze z ziemią. Innym kościelna centrala dopiero aktywuje konta. Ci najpopularniejsi odkrywają swoje nieznane dotąd oblicza. Zaproś ich do znajomych – i bądź z nimi w kontakcie!

AKTUALIZACJA: Książkę można już kupić na stronie znak.com.pl

Źródło: Znak.com.pl

Felietony z Tygodnika Powszechnego w jednym wydaniu!

W sprzedaży pojawiła się książka Instrukcja obsługi solniczki zawierająca felietony z „Tygodnika Powszechnego” Szymona Hołowni. Wydana została przez Wydawnictwo WAM.

Nota o książce:

Odkryj to, co ma sens

Hołownia nie należy do tych, co „patrzą na prawo, patrzą na lewo. A patrząc – widzą wszystko oddzielnie, że dom…, że Stasiek…, że koń…, że drzewo…”. Hołownia pisze o bezdomnych, o dobrej zmianie, o ministrze Waszczykowskim, o papieżu Franciszku, księdzu Międlarze i biednych jak mysz kościelna księżach, o uchodźcach, misjonarzach, Helenie Kmieć, o tym, co („oddzielnie”) codziennie widzimy. Każdy felieton, jak zapis sejsmografu, pokazuje, że we wszystkich sytuacjach i sprawach zawsze jest miejsce na miłość. Książka absolutnie nie nabożna, jest ewangeliczną książką o miłości. ks. Adam Boniecki

Książka do kupienia m.in. TUTAJ.

 

Zdjęcia: Wydawnictwo WAM

W sprzedaży: „Kato-botoks”

Poznaj 3 skuteczne (i to jak!) lekarstwa na 3 zniewolenia, przez które nasza dusza pokrywa się zmarszczkami.

Pierwszy audiobook z wykładem Szymona Hołowni już do kupienia na dwóch płytach CD z książeczką lub w wersji MP3 (tutaj). Kupując płytę wspierasz fundację Dobra Fabryka Szymona Hołowni w Afryce.

Pełna strona produktu: RTCK.PL

Zapowiedź: „Ludzie w czasach Jezusa”

Znamy już wstępny tytuł oraz okładkę najnowszej książki Szymona Hołowni. Z oficjalnego facebooka Szymona dowiadujemy się, że „Ludzie w czasach Jezusa” to książka przedstawiająca osiemnaście indywidualnych i zbiorowych portretów z tej epoki. Od Palestyny (m.in. kobieta pochwycona na cudzołóstwie czy służący z wesela w Kanie) przez Pacyfik, Meksyk oraz przodków Sofii Loren – do Polski. (źródło: Profil Szymona Hołowni na Facebook)

Poniżej dwa fragmenty książki, którymi Szymon podzielił się z fanami na Facbeooku jeszcze przed publikacją.

Fragment rozdziału o mitycznym królu Awille Leszku IV:

„Podróż przez stare księgi uczy też, że zaprawdę nie ma takiej bajki, jakiej nie byliby w stanie wymyśleć kochający Polskę miłością tyleż gorącą, co ślepą, autorzy. Największy znaleziony przeze mnie hardkor popełnił o. Wojciech Dębołęcki (vel Dembołęcki), franciszkanin z Konojad, a przy tym kompozytor, żołnierz, teolog oraz wysokiej klasy awanturnik. W 1633 r. wydał on był urocze dziełko pt. „Wywód jedynowłasnego państwa świata”, przekonując w nim że Polacy przejęli władzę nad światem bezpośrednio od bohaterów Starego Testamentu, język słowiański to pochodna języka którym porozumiewali się pierwsi rodzice w Raju, zaś łacina, greka i inne wynalazki to wariacje na jego temat (Matuzalem tak naprawdę nazywał się według niego – uwaga – Matłuścioch a Palestyna to Polasczyna).

Nad rozbuhaną wyobraźnią i zupełnym brakiem poczucia intelektualnego obciachu u tego typu ekspertów od starożytności cudownie znęcał się w tomie „Pegaz zdębiał” Julian Tuwim, cytując zastępy artystów przekonujących, że imię Adam wzięło się stąd, że mówił on „jadam”, Tatarzyn jest tak nazywany, że „tatę to iest oyca zarzyna”. Owej językowo – plemiennej megalomanii, każącej (nie tylko polskim autorom) stawiać swój język za korzeń i źródło wszystkich mów świata, uległ później nawet sam Adam Mickiewicz, który podczas wygłaszanych w 1840 r. w Paryżu wykładów o literaturze słowiańskiej plótł androny, wyjaśniając słuchaczom, że starożytne okołorzymskie ludy Osków, Wolsków, Sabinów i Ombrów, były słowiańskie, przecież ich nazwy to wypisz wymaluj rdzenie polskich nazwisk (Ostrowskich czy Wolskich). Profesor Aleksander Krawczuk w rozgadanej na wszystkie strony (ale w uroczy sposób) książce „Polska za Nerona” pisze, że „rozwijając ten tok rozumowania Wieszcza młodzi krakowscy filologowie z żartobliwą powagą obwieszczali przed laty, jak to Wieszcz w swym geniuszu odkrył tajemnicę ludu Etrusków. Etrusci? Sprawa prosta: Eto Ruscy!”

Fragment rozdziału o Barabaszu:

„Analizując passus o Barabaszu mistrzowie duchowości i kaznodzieje powtarzają zwykle, że oto trzeba bardzo uważać by mając do wyboru dobro i przebrane za dobro zło (bo ono zawsze przebiera się za dobro), dokonać roztropnego wyboru. To prawda, ja widzę tu jednak coś jeszcze. Otóż w mojej amatorskiej ocenie, akurat tu nie mieliśmy sytuacji: zło i dobro. Bo jeśli wierzymy w historyczność Ewangelii, musimy uznać – jako się rzekło wyżej – że Barabasz nie był jedynie symbolicznym Antychrystem, był żywym człowiekiem, a żaden człowiek, choćby najgorszy, złem nie jest. Szatańskim pomysłem był więc nie wybór Barabasza, ale samo wzięcie udziału w akcie wybierania, kto ma żyć, a kto ma dziś umrzeć w mękach. To nie Barabasz jest więc „małpą” Jezusa, to ten wrzeszący tłum jest przerażającą parodią Boga. Uzurpującą sobie Jego wyłączne prerogatywy. Miara zepsucia, rozkładu świata rzeczywiście w tym dniu się wypełnia: relację Boga z ludzkością, ludzkość kończy, poddając Go procedurom demokracji. A precyzyjniej: ochlokracji, bo tak fachowo określa się sytuację, gdy najważniejsze decyzje dotyczące losu zbiorowości podejmuje tłum, motłoch, kierująca się kaprysem, emocją, lękiem, żądzą, albo po prostu głupotą, tłuszcza.

Co się działo z Barabaszem po amnestii? Jeśli zachował narodowo – wyzwoleńczy temperament, pewnie i tak zginął, czy to w czasie Wojny Żydowskiej, czy przy innej rozruchowej okazji ciut wcześniej. Może nadal wiódł życie jakiegoś jerozolimskiego rzemieślnika, może miał stragan, mini hutę szkła – robił błyskotki dla pielgrzymów, coś naprawiał, czymś handlował? Przeprowadził się na wieś? A może stał się cud i poruszony całym zajściem, w którym brał udział, zrozumiał, że popękaną na wszystkie strony Palestynę da się skleić tylko w jeden sposób: nie zabijając okupantów (niczym William Wallace) i rabując bogatych (jak nasz słowacko – polski Janosik), ale próbując wdrożyć w życie koncept polityczny rabbiego Jezusa z Nazaretu.

Bardzo ciekawie wyłuszcza go wspomniany już wyżej Mark E. Moore. Pisze on, że w Izraelu, w którym najwyższym władcą i źródłem wszelkiej władzy był zawsze Bóg, król był „złem koniecznym”, tymczasowym wyjściem awaryjnym na czasy jakiegoś kryzysu. Naród wybrany tak się jednak oswoił z systemem sprawnie działającym u pogan (którzy królów mieli zawsze), że w pewnym momencie zapomniał już o pierwotnych ideałach. Życie w Palestynie w ostatnich wiekach przed Chrystusem stało się już tak nieznośne, że Żydzi wypatrywali sobie oczy za mesjaszem, królem nowej jakości, innego porządku, za Sługą Jahwe. I Bóg im Go dał. Dał im swojego Syna, który nie unieważnił ziemską politykę, ale zaproponował zupełnie nowy model jej uprawiania.

Moore zwraca uwagę, że Jezus w Ewangelii nie ochrzania wcale Jakuba i Jana za wyrażone przez nich wprost pragnienie zasiadania na stołkach tuż obok niego, gdy już obejmie władzę. Nie, On im jedynie mówi, w jaki sposób mogą wymarzoną pozycję osiągnąć: przez służbę innym, aż do oddania za nich życia. Jezus nie wypiera się władzy, ani jej w jej istocie nie potępia. Mówi tylko, że jedyną pochodzącą rzeczywiście od Boga formą jej sprawowania jest troska o najsłabszych i totalnie niezwracanie uwagi na własne korzyści: splendor, dochody, zewnętrzne oznaki autorytetu, wreszcie: siłę. Moore cytuje Vaclava Havla, który pisał że dla dysdenckiegu ruchu, w którym uczestniczył, idea siłowego odsunięcia komunistów od władzy nie była zbyt radykalna, ona była za mało radykalna! Czy polityczne metodologium Jezusa z Nazaretu nie trąci nam dziś skrajną utopią? Bo co – może w niebie tak będzie, ale tu, na ziemi, wyobrazić sobie prezydenta, który je z bezdomnymi, czasem może śpi z nimi na ulicy, który jeździ do pracy komunikacją miejską, nie stroi się w ordery a w kościołach nie siada w pierwszej, a w ostatniej ławce? Zaraz zacznie się litania: nierozsądne, niebezpieczne, nieskuteczne. Bardzo jestem ciekaw, kiedy do nas wszystkich, którzy tak święcie przekonani jesteśmy, że jesteśmy Jezusami, dotrze, że jesteśmy Barabaszem.

On już pewnie swoje z Chrystusem przegadał i wie, że jedyna rewolucja jaka ma szansę w historii świata się powieść (a nie być w końcu utopina we krwi przez kolejną rewolucję), to ta która nie operuje na poziomie klas społecznych, narodów, zbiorowości, ale tłumaczy człowiekowi, co zrobić by kochać, przyjaźnić się, rozumieć, słuchać, wspierać, dzielić się. Podkręcanie tłumu zostaje w niej zastąpione przez budowanie wspólnoty. Tłum od wspólnoty rozróżnić zaś łatwo: we wspólnocie ludzie nie tyle krzyczą, co pytają, czy może nie trzeba czegoś temu, co akurat nie krzyczy z nimi.

Proszę popatrzeć dookoła: jak często, z najszczerszych motywów, wybieramy Barabaszów. Później nosimy kwiatki na ich groby, które akurat nie okazały się puste. Przekonujemy się, z wciąż świeżym od dwóch tysięcy lat, zdumieniem, że mesjasze pochodzący z demokratycznych wyborów, którzy mieli odsunąć stare by zbudować nowe, są w stanie najczęściej zrealizować tylko pierwszą część zadania. Po czym kończą jak każdy”.

Dzień Dobry TVN: Szymon o pomocy trędowatym

W piątek 19 lutego Szymon Hołownia opowiadał o wiosce Akata Dzogpe w Togo, która to została od tego roku otoczona pomocą przez fundację Szymona – Dobrą Fabrykę.  O Ośrodku dla Trędowatych więcej w materiale poniżej (klikij w zdjęcie, aby obejrzeć).

Dzień Dobry TVN, 19 lutego 2016

Gość w dom, Book w dom – Szymon Hołownia

Marcin Prokop już był, czas na Szymona Hołownię. Niezwykle interesująca rozmowa o świętych i książkach. Poniżej dwie części odcinka „Gość w dom, Book w dom” + część trzecia, w której Szymon dopisuje ciąg dalszy historii stworzonej przez gości poprzednich odcinków.